Część 1: Poranek, kiedy mój pies nie przestawał drapać drzwi

„To niemożliwe” – wyszeptałem.

Schyliłem się, żeby go podnieść, a ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo mogłem dotknąć materiału. Zanim zdążyłem go podnieść, Baxter podniósł go z powrotem i odsunął się ode mnie o krok.

„Skąd to masz?” – zapytałem łamiącym się głosem. „Daj mi to.”

Nie poruszył się. Zamiast tego odwrócił głowę w stronę podwórka, z oczami skupionymi i skupionymi. A potem, bez wahania, ruszył.

„Baxter!” zawołałam, próbując włożyć buty.

Nie zatrzymałem się, żeby wziąć kurtkę. Nie myślałem o zimnie ani wilgotnym powietrzu. Szedłem za nim przez podwórko, ściskając mocno sweter w dłoni.

Przecisnął się przez wąską szczelinę w drewnianym płocie, tę samą, przez którą Lily przeciskała się latem, żeby bawić się na pustej działce obok. Nie myślałem o tym miejscu od miesięcy.

Ziemia pod moimi stopami była miękka, w powietrzu unosił się zapach mokrych liści i ziemi. Baxter biegł naprzód, zatrzymując się co kilka kroków, żeby upewnić się, że wciąż idę za nim.

Nie zastanawiałem się, dlaczego za nimi podążam.

Po prostu wiedziałem, że muszę.

„Dokąd mnie zabierasz?” – zawołałem łamiącym się głosem.

Poprowadził mnie przez działkę, mijając porośnięte chwastami chwasty i zardzewiałe narzędzia, prosto w stronę starej szopy na samym krańcu posesji. Drzwi wisiały nierówno, ledwo się trzymały.

Baxter zatrzymał się przy wejściu.

Serce waliło mi jak młotem, gdy wszedłem do środka.

W szopie pachniało wilgotnym drewnem i kurzem. Promienie słońca przesączały się przez wypaczone deski, rysując blade linie na podłodze. Mój oddech był głośny w tej cichej przestrzeni.

Wtedy to zobaczyłem.

W odległym kącie, schowane za starymi grabiami i pękniętą doniczką, znajdowało się małe gniazdko zrobione z ubrań.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.